Subskrypcja



Szukaj

Zła ekonomia współdzielenia w airbnb czy uberze?

W ostatnim czasie wiele się pisze i mówi o ekonomi współdzielenia jednak nie dotyka istoty problemu. Wiele mediów wałkuje temat przedstawiając rację stron, czy wybierając sobie dogodny dla siebie punkt spojrzenia,.


Mało kto jasno podsumowuje co jest problemem w całej ekonomi współdzielenia... a mianowicie to, że współdzielone są zyski, a ryzyka, czy obciążenia są przerzucane na podwykonawcę, klienta lub otoczenie. Mamy tu system dominujący, gdy jedna firma narzuca pozostałym firmom warunki, a oni muszą je przyjąć, a sam klient może skorzystać tylko z tego co chce mu "zarządca" sprzedać. Dużym problemem są także zmiany na rynku, który model wywołuje. Być może chwilowa(!) niższa cena usług jest dobra dla wielu, ale zachęta do niepłacenia podatków i prawdopodobny wzrost cen w przyszłości (po przejęciu monopolu nad kanałem, czy niszą) czynią ten system społecznie trudnym do zaakceptowania w takiej formie jak teraz.

To internet umożliwił powstanie dużych, światowych firm, które korzystają z technologicznego efektu skali i korzystają z tego, że wiele osób działa na smartfonach. Te firmy od początku w swoim modelu przewidują miejsce dla "stad frajerów"... wróć dla partnerów biznesowych, ale takich, którzy nie mają swojej mocnej pozycji. Uber nie werbował taksówkarzy, a airbnb hotelarzy... w prawdzie teraz można ich tam znaleźć, ale jednak zwykle są z konieczności lub ciekawości.

Skupmy się na razie na trzech firmach - Uber, airbnb i niemieckim potentacie sprzedaży biletów, który w naszej opinii działa bardzo podobnie (opisaliśmy to tutaj: Agenci: bilety autokarowe - stracony rynek? ). Sprawa się zasadza na tym, że klasyczne modele analiz prawnych nie przewidują podmiotów, które w teorii są grupą współdziałających firm, a w praktyce jeden podmiot narzuca pozostałym warunki i on de facto zarządza czymś w rodzaju holdingu osobnych firm bez powiązań własnościowych.

Pierwszym przykładem jest tu Uber - gdyż werbuje on pojedynczych kierowców, wymagana jest tylko działalność gospodarcza i pojazd w przyzwoitym stanie. Pojedynczy kierowca wobec firmy mającej miliony użytkowników nie stanowi żadnej siły, więc nie zostaje partnerem, a podwykonawcą. Co więcej ten partner nie ma "nic do gadania" - w lecie Uber obniżył stawki za przewozy m.in. w Krakowie powodując się na tradycyjny spadek przewozów w wakacje. Jednak potem stawki nie zostały podniesione, a firma mówi o wzroście przychodów kierowców (rzędu kilku procent pomiędzy kwietniem i październikiem). Niestety, gdyby to było partnerstwo, to kierowca miałby prawo renegocjować stawki za przewóz z powodu zmian na rynku - wzrost cen polis OC i AC, osłabienia kursu złotówki (wpływa na cenę auta i części, w kursie EUR/PLN ogólnie widać spore wahania) oraz wyraźnego wzrost cen paliw (kwietniowe ceny krążyły ok. 4,1zł za E95/ON i 1,65zł za LPG, a w październiku odpowiednio ok. 4,3zł i 1,9zł i rosną). Do tego dochodzą kary nakładane nie na korporację Uber, lecz na skontrolowanych kierowców, którzy wg urzędów prowadzą nielegalnie przewozy pasażerskie (zwykle 5 lub 8 tys. za każde naruszenie, a można się "popełnić" kilka naraz!). W ostatnim czasie kierowcy Ubera próbują nawet się zrzeszać i strajkować w celu podniesienia stawek, ale ponieważ nie znają się nawzajem skutki tego są słabe.

Uber generuje także ukryte koszty o których się nie mówi - po pierwsze część pieniędzy płaconych w Polsce, wędruje poza kraj. Jak by na to nie patrzeć, to taksówkarze wydawali całość zarobków w Polsce. Po drugie kierowcy Ubera ryzykują - bowiem, większość nie ma ubezpieczeń przewidzianych dla taksówkarzy, a nawet jeśli ma, to firmy ubezpieczeniowe mogą zakwestionować ich działanie z uwagi na brak zezwoleń na przewóz pasażerów. Zatem w razie wypadku poszkodowany może mieć problem z wypłatą odszkodowania, a kierowca może zbankrutować w przypadku poważnej szkody na mieniu lub osobie. Po trzecie to Uber zarządza siecią i gdy liczba taksówkarzy bardzo spadnie, stawki za przewóz w Uberze pójdą w górę, ale i zapewne marża Ubera także, bo żadna firma nie działa charytatywnie. W efekcie kierowcy dalej będą jeździć za to samo wynagrodzenie, a firma będzie zgarniać rosnące zyski. Wszystkich, którym w/w nie spasuje sieć będzie usuwać i werbować na ich miejsce nowych kierowców, którzy zaakceptują zmienione reguły. W Uberze jest nieco inna kultura, niż taka którą przeciętny klient mógłby sobie wyobrażać, bo nawet prywatność i inne takie dla firmy nie znaczyły wiele. Warto tu przeczytać tekst pt. "Pracownicy Ubera śledzili klientów dla swoich celów i firma nic z tym nie zrobiła - twierdzą zwolnieni specjaliści" di.com.pl

Bardzo podobne tło działalności odnosi się do sprzedaży biletów w Niemczech, a model ten wędruje na całą Europę. Jest firma zarządzająca, która ustala warunki, ceny i standard - i jest wielu podwykonawców, którzy choć nie są tak mali to są pod presją ekonomiczną (w razie odebrania im przewozów zostają ze stojącymi autobusami i personelem do opłacenia!). Zatem znów potentat rozdaje karty i na początku robi to korzystnie także dla konsumentów, a później ten klin marży będzie rósł w obie strony - wyciskani będą przewoźnicy, jak i wyciskani będą pasażerowie.

Ogólnie administracja państwowa na całym świecie ma problem z nowymi modelami działania. Być może przyszłość należy do takich idei, które pozwalają działać w sposób nie do końca jasny. Kiedy jedna firma zarządza sprzedażą i przerzuca na kontrahentów koszty i ryzyko, to tak jakby market brał towary od producentów w komis i od kwoty marży uzależniał wystawienie ich do sprzedaży.

Z kolei airbnb wywołuje emocje z kilku względów. Pierwszym jest zagrażanie tradycyjnym potentatom i kanałom sprzedaży, bowiem dzięki temu serwisowi, wiele osób jest skłonnych zarezerwować pobyt "na kwaterze" u lokalnego "gospodarza" zamiast w hotelu czy innym obiekcie noclegowym. To boli branżę, boli także dostawców technologii rezerwacyjnych - gdyż sprzedaż ucieka poza branżę, a ceny spadają. Najgorszym zjawiskiem są jednak działania quasi-hotelarzy, którzy wynajmują całe obiekty jako poszczególne mieszkania nie ponosząc takich samych obciążeń jak hotelarze, czy choćby przedsiębiorcy prowadzący obiekty nieskategoryzowane. Oczywiście, jeśli dojdzie do problemów w takim obiekcie (pożar, kradzież, napaść/zniszczenie mienia) turysta zostaje sam ze swoim problemem (w skrajnym przypadku, gdy obiekt nie ma czujników dymu, dróg ewakuacyjnych, ani oddymiania - można zginąć w pożarze).

Drugim problemem z airbnb jest rozszerzanie działalności o wycieczki lokalne, która to działalność naraża się biurom podróży. Bowiem do tej pory o ile przez np. booking.com można było zamówić nocleg i auto, a to dopiero przez Expedię także wycieczki, czy transfery. Teraz w airbnb mamy "atrakcje", które choć mają ciekawe opisy to jakby wyłamują się z zasad społecznościowych, bo np. na 6 atrakcji promowanych na stronie głównej w polskiej wersji airbnb.pl... żadna nie posiadała recenzji z niej korzystających, a i organizatorzy w połowie byli także bez recenzji (jako goście nawet):

  • Cocktail Workshop at les Halles (brak recenzji) Gospodarz: Marjolaine (brak ocen, dołączenie 2016.11)
  • Pyro (brak recenzji) Gospodarz: Christian (brak recenzji, dołączenie 2016.06)
  • Equality Allies (brak recenzji) Gospodarz: Heather (5 recenzji od gospodarzy, dołączenie 2012.10)
  • LGBT+ Photojournalism (brak recenzji) Gospodarz: Jackie (74 recenzje od gospodarzy, dołączenie 2011.07)
  • Seoul Fire and Flow Jam (brak recenzji) Gospodarz: Danbee (4 recenzji od gospodarzy, dołączenie 2013.09)
  • Afro-Cuban Culture Guide (brak recenzji) Gospodarz: Adriana (brak recenzji, dołączenie 2016.09)

To trochę przeczy sensowi serwisu, którego słowa opisu rozpoczynają się od "Chcemy, by każda podróż była magicznym doświadczeniem." - chyba bowiem nie ma nic bardziej niemagicznego niż nieudana atrakcja w podróży, a promowanie nie sprawdzonych atrakcji od niezbyt sprawdzonych ludzi to nie jest dobra droga.





Airbnb wywołuje także ukryte koszty, które firma beztrosko przerzuca na gospodarzy i ich otoczenia. Po pierwsze możliwość okazjonalnego podnajmu lokali w miejscach atrakcyjnych winduje ceny długookresowego i powoduje spadek cen noclegów w hotelach, co wpływa na podatki i miejsca pracy. Teraz już nawet nie trzeba oddawać swojego lokalu w cudzy "zarząd", dzięki airbnb wszystko można tanio i samemu. Jest to tak duży problem, że uregulowano w Berlinie, czy Nowym Jorku sprawy okazjonalnego wynajmu (np. w Nowym Jorku minimalny okres wynajmu to 30 dni). Drugim problemem jest sąsiedztwo. Jeśli mieszkasz w bloku, kamienicy, czy budynku wielorodzinnym i ktoś zacznie w sąsiedztwie wynajmować swój lokal, to jesteś na jego łasce. Czy sprowadzi ludzi odpowiedzialnych, którzy przyjechali zwiedzać, a może będzie także akceptował osoby o słabej reputacji i imprezowiczów? Do tej pory taki najem okazjonalny był trudny w realizacji, ale teraz dzięki m.in. airbnb jest o niego dużo prościej - stąd są budynki, gdzie życie stało się nieznośne dzięki przyjezdnym gościom. Ostatnim problemem są sprawy prawne - samo airbnb jest tylko platformą kontaktową i pomimo pobierania opłat, nie poczuwa się do pośredniczenia, czy odpowiedzialności za transakcje. To też jest schizofreniczne... to tak jak by market pokazywał towar, brał za niego pieniądze, ale mówił, że transakcję zawiera się z wytwórcą, bo on jest tylko miejscem kontaktu, a teraz wszelkie problemy proszę zgłaszać bezpośrednio do wytwórców. Bardzo dużym problemem może być tu niechęć do opuszczenia naszego lokum przez lokatora - na szczęście jest to "przypadek ekstremalny", ale jednak możliwy - warto na spokojnie przeczytać informacje o ryzykach prawnych airbnb z prawo.gazetaprawna.pl

Wielu czytelników zapewne już szykuje się do krytyki, że spisujemy na straty nowe modele. Jednak w normalnym świecie, gdyby każda z tych firm nie była głównie na komórkach/w internecie, a i sądy rozumiałyby, że podwykonawca ma niewielkie prawa (jak np. pracownik) sprawa wyglądała by inaczej. Uber powinien zrzeszać tylko kierowców z licencją na przewozy pasażerskie i odpowiednimi ubezpieczeniami, powinny w nim móc działać różne sieci TAXI z własnymi stawkami (jeden woli jechać Mercedesem i chętnie dopłaci za komfort 10zł, drugiemu starczy ciasna Dacia). Niemiecki potentat biletowy nie powinien ustalać cen, a powinni robić to sami przewoźnicy, powinni być widoczni jako osobne firmy z własnym logo i wyglądem autobusów, ponadto nazwa przewoźnika powinna występować przy trasie, na bilecie itd. Natomiast airbnb powinien brać odpowiedzialność za działania gospodarzy i zabezpieczać gości przed zostaniem na lodzie, a gospodarzy przez współczesną wersją squattersów, którzy mogą chcieć pomieszkać u nas "nieco" dłużej. Niestety dopóki będzie dozwolona finansowa mentalność Kalego (kasę brać, ale odpowiedzialność nie) ekonomia współdzielenia będzie problemem dla legalnie działających firm.



   
                    Wersja do druku

Komentarze


(kiedy jest to możliwe, sugerujemy podpisanie się)

(akceptacja regulaminu)



Tagi:


Komentarze:

Co złego jest w Airbnb i Uberze? [2016-12-22 13:49 80.52.137.*]
chyba jednak nie uda się uniknąć tego zjawiska, które będzie się szerzyć wraz z rozwojem internetu ... Artykuł w szczególności dedykowałabym rządzącym, bo oni w ogóle pojęcia o takich zjawiskach nie mają odpowiedz »

Co złego jest w Airbnb i Uberze? [2016-12-20 10:55 178.43.96.*]
Brawo za artykuł. Dobrze napisane. odpowiedz »





Ta strona używa COOKIES. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki i akceptujesz regulamin strony. Szczegóły w regulaminie.
OK, zamknij